Gorzko-słodka saga o tym, co znaczy być dobrym

Krzysztof Kalkowski ·
7/10

Dobra

Udana lektura bez większych potknięć. Być może nie wywróci Twojego świata do góry nogami, ale spędzony z nią czas na pewno nie będzie stracony. Polecamy.

Ocena redakcji

Powieść można opisać wieloma przymiotnikami: wspaniała, wzruszająca, piękna, genialna. Ale czy książka może być zarazem inteligentna i pokazywać niezbyt mądrych bohaterów? Czy może tryskać humorem, a jednocześnie toczyć się we łzach rozpaczy i żałoby? Czy może być głupia, a mimo to piękna w swojej istocie?

Może. Andrew Ridker udowadnia to w swoim debiucie literackim.

„Altruiści" to nie jest książka, którą znajdziecie na pierwszej półce w księgarni. To powieść schowana gdzieś z tyłu - dla tych nielicznych, którzy mają dość odwagi i cierpliwości, by po nią sięgnąć i naprawdę się w nią zagłębić.

Arthur Alter przez całe życie budował to, co uchodzi za sukces. Zdobył solidne wykształcenie, objął stanowisko profesora na uniwersytecie na Środkowym Zachodzie, poślubił piękną Francine, z którą doczekał się dwójki dzieci - Ethana i Maggie. Wszystko, co dobre, musi się jednak kiedyś skończyć. Arthur traci żonę, pensja profesorska przestaje wystarczać na godne życie, a dorosłe dzieci nie chcą z nim rozmawiać. Co gorsza, spadek po Francine go pomija. Arthur zostaje sam - ale ma plan. Plan, który wkrótce otworzy puszkę Pandory.

Ethan żyje w jednej z najdroższych dzielnic Brooklynu i trwoni matczyny spadek. Maggie z kolei udaje, że żyje w biedzie, żeby inni czuli się przy niej lepiej - mimo że również dostała od matki sporą sumę. Arthur chce zrobić coś wielkiego, coś, co sprawi, że dzieci znów zechcą z nim rozmawiać. Zaprasza je do siebie. I wtedy stare rany i żale otwierają się na nowo, a wszystko wskazuje na to, że paradoksalnie to właśnie Francine - nieżyjąca matka - może okazać się osobą, która ocali tę rodzinę.

Ridker prowadzi czytelnika równolegle przez Brooklyn, Paryż, Boston i Zimbabwe, splatając losy bohaterów w jedną opowieść. „Altruiści" to gorzko-słodka saga rodzinna, która tak naprawdę nigdy się nie kończy - i która zadaje proste, ale niewygodne pytanie: co właściwie znaczy być „dobrym człowiekiem"?